Miss Monroe pozwól, że ja jednak (tak jak obiecałam) nie będę się dalej tłumaczyć, z tego, że nie jestem wielbłądem. Nie jestem! Musisz uwierzyć mi na słowo. <mrgreen>
Opowiem natomiast historię: Wczoraj zanim pojechaliśmy na groby odwiedziłam ciotkę. Zaparkowaliśmy na chodniku przed jej domem. Po chodniku szedł jakiś mężczyzna zataczając się i puszczając pod naszym adresem z odległości kilkunastu metrów jakieś przekleństwa. Intuicyjnie się go baliśmy, mógł złamać lusterka w samochodzie, pourywać wycieraczki, albo coś w tym stylu, więc czym prędzej wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy na plac, od czasu do czasu oglądając się za siebie. Mój tata chciał mu coś powiedzieć, ale go powstrzymaliśmy. Gdy wróciłam okazało się, że mam przebite opony. Co się okazało? Pana wypuścili z więzienia, jest recydywistą mieszka na tej ulicy, chodzi z nożem i od czasu do czasu wycina jakiś numer w tym stylu. Dziękuję Bogu, że mój ojciec nie odpowiadał na jego zaczepki. I tak się dzieje, że życie od czasu do czasu przywraca wszystkiemu właściwe proporcje. W tym świetle dyskusja, co ktoś powiedział na forum kocim, i co ja na tym forum odpowiedziałam wydaje się śmieszna. Kogo to tak naprawdę obchodzi? Nikogo. Czy to jest w ogóle ważne? Nie. <aniołek>
Tak, że dziękuję Izie i Kamiko, że przekierowały dyskusje na właściwe tory! <pokłon> Moje ulubione zresztą o kochanej <serce> Meg!
Kamiko, skąd wiesz, że Meg szukała Franka?! Żartuję oczywiście: prowadzisz hodowlę, więc doskonale się orientujesz, że... tak dokładnie było! Dla mnie natomiast to był szok i muszę przyznać, że byłam bardzo zdziwiona jak po wyjęciu ulubionej zabawki Meg wędki z piórkami (która okazała się być także ulubioną zabawką Franka) Meg zamiast się nią bawić to z pozycji „relaks” zrobiła pozycję „baczność”. Zaczęła obwąchiwać zabawkę i natychmiast ruszyła na zwiad, czyli obszukała wszystkie kolejne miejsca, w których bawił się Franek, a na samym końcu weszła do wersalki, żeby sprawdzić czy, aby go tam naprawdę nie ma! Dopiero potem zaczęła się bawić! Teraz resztki zapachu kocura musiały ulecieć, bo Meg już go nie poszukuje. Ja natomiast przywiozłam z działki kuwetę, więc może już niedługo zdam Wam relację jak to koty... wylizują sobie uszy.

:-) Dobra, dobra już nie żartuję! W każdym razie chciałabym żeby się bardzo polubiły. A nawet jak będzie tak jak u kotów Soni (czyli będą jak stare, dobre małżeństwo), bardziej obok siebie niż w jednym łóżku (czytaj: legowisku)

:-) i tak będzie fajnie...