Słuchajcie, ale sobie piwa nawarzyłam fontanna mogłaby przestać istnieć, tak samo jak i wszystko inne dookoła teraz liczy się tylko AKWARIUM, a dokładnie jeden jedyny bojownik, który w nim pływa!

Kocinka oszalała na jego punkcie!
A zaczęło się od tego, że dawno, dawno temu jak jeszcze nie miałam kota to miałam małe 10 litrowe akwarium. To akwarium to właściwie był taki "kotnik" dla rybiej ikry, ponieważ miałam jeszcze jedno, główne akwarium od tego dużo większe, ale to było w moich latach szkolnych czyli wieki temu.
Pojechałam do rodziców przywiozłam je do siebie (to małe, bo to duże się w międzyczasie przekształciło w terrarium) i zarybiłam 4 neonkami. Po paru miesiącach, gdy nadeszła jesień, a temperatura w zbiorniku zaczęła opadać i okazało się, że nie mogę do tego akwarium kupić grzałki z termostatem, ktora samoistnie regulowałaby temperaturę do odpowiadającej rybkom doszłam do wniosku, że ja te rybki po prostu męczę. Wyłowiłam więc je wszystkie i zanioslam do sklepu akwarystycznego. Sprzedawca zrobił mi wtedy dziką awanturę: zwyzywał, że jestem niepoważna, że takim jak ja nie powinno dawać się zwierząt, bo to sadyzm trzymać tylko cztery neonki w akwarium gdy powinna być ławica, a na ławice składa się dużo więcej ryb niż cztery, że za mało litrów itd. Słuchalam tego ze spuszczoną głową, bo generalnie ten pan miał całkowitą rację. Odebrał ode mnie rybki znalazł jakieś puste akwarium i te moje neonki zręcznym ruchem tam wpuścił. Ja stałam tam jeszcze przez chwilę "żegnając się" z moimi ukochanymi rybkami i życząc im wszystkiego najlepszego na dalszej drodze życia i WTEDY stała się rzecz STRASZLIWA <shock> ruchy rybek czyli wody spowodowały, że zza kamienia wyplynęła jakaś gigantyczna ryba z zębami. Moje 4 neonki rozpierzchły się na cztery różne kierunki, woda zawirowała, a ja zasłonilam sobie oczy, ale kątem oka widziałam jak jedna z nich znika połknięta przez rezydenta tego zbiornika, ktory postanowil się ujawnić.
Po tym traumatycznym doświadczeniu dałam sobie spokój z rybkami, aż do czasu kiedy przyszła kolejna jesień. Kocnka przestała wychodzić na balkon, a ja zaczęłam myśleć o kocim telewizorze, tylko ceny porządnego akwarium trochę mnie zmroziły. Jednak gdy Meg wyrwała sroce pióro z ogona i wszystkie ptaki pomimo kilku karmników zaczęły szerokim łukiem omijać mój balkon przprosiłam się z 10 litrowym zbiorniczkiem: kupiłam żwirek, roślinkę (jedną), zainstalowałam napowietrzacz i filtr i zaczęłam rozglądać się za ... krewetką. Niestety dzisiaj wybrałam się do sklepu zoologicznego i zobaczyłam biednego, czerwonego bojownika w pojemniku mniejszym od szklanki i ... ponieważ krewetek akurat nie było, a ja nie mogłam na to patrzeć, to teraz właśnie on pływa w moim akwarium, które przy tym ze sklepu wydaje się OGROMNE.
A Meg oszalała. Nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, mało tego nawet nie podeszła do miski gdy dawalam jej mokre jedzenie, używałam już wszelkich sposobow byle tylko odwrócić jej uwagę, ale ona jest niezmordowana poluje na bojownika z dzikością w oczach. Nie martwi mnie, że męczę rybkę, bo rybki z akwarium nie wyciągnie jest dobrze zabezpieczone, ale martwię się, że męczę kota!!!

Nie wiem co mam w tej sytuacj zrobić, jak tak dalej będzie to będę musiała przenieśc akwarium do łazienki, na szczęście jest stosunkowo lekkie. Wyłączyłam jej jarzeniówkę oświetlająca akwarium, światło w pokoju i przepokoju myślałam, że jak nie będzie widziała rybki to sobie da spokój, ale ona tam siedzi i ją pewnie widzi, bo nie ma mowy, żeby się odessała od szybki.

Jestem załamana
