Mówicie i macie <diabeł>
Meg po swojej pierwszej rui stłumionej zastrzykiem antykoncepcyjnym pojechała ze mną na działkę. Zdawałam sobie sprawę, że nie będę mogła jej wypuścić do ogrodu, więc wcześniej w domu ćwiczyłyśmy chodzenie w szelkach. Nauczenia kota chodzenia w szelkach to materiał na osobną historię – o czym wszyscy na tym forum pewnie doskonale wiedzą, a jak nie wiedzą to tym lepiej dla nich.
Przez godzinę próbowałam założyć jej uprząż, bo wiła się jak piskorz. I gdy w końcu przelewając siódme poty udało mi się ją ubrać w te szelki i zadowolona wypuściłam ją z rąk, żeby przyjrzeć się rezultatom swej pracy to … szelki już były obok kota. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale wyswobodziła się w ułamku sekundy. Tak mnie to rozbawiło, że tego dnia jej darowałam 1:0 dla kota.
Następnego dnia mądrzejsza o doświadczenia z poprzedniego dnia zmniejszyłam rozmiar obroży i szelek do najmniejszego z możliwych, to znaczy na tyle małego, żeby Meg nie udusić i przystąpiłam do podejścia nr 2. Niestety nie tylko ja wyciągnęłam wnioski z dnia poprzedniego. Kocinka tak sprytnie lawirowała, że nie było sposobu, aby wsadzić ją w tą uprząż. Jak udało mi się zapiąć obroże, to nie dało się opasać jej tułowia. Jak dawałam radę z szelkami to nie było sposobu nałożenia obroży i tak w kółko. Zdałam sobie wtedy sprawę, że skoro ubranie kota w szelki wymaga tyle zachodu, to nauczenie kota (mojego kota) chodzenia w szelkach to musi być jakaś wyższa szkoła jazdy. 2:0 dla kota!
Gdy trzeciego dnia stanęłam przed moją Meg z szelkami Meg dostała furii myślałam, że je zje, rozszarpię i rozniesie w drobny mak. A razem z nimi moje palce! Wtedy po raz pierwszy mnie podrapała! Ach ty! To z Ciebie nie Kocinka tylko Gadzinka – pomyślałam sobie, ale dałam radę ją w nie ubrać. I wtedy stało się coś dramatycznego Meg wsadziła sobie łapki w obroże i zaczęła się dusić. Natychmiast jej to ściągnęłam i pogodziłam się z tym, że kotów nie ubiera się w szelki, ani nie wyprowadza na smyczy. Kto w ogóle te szelki wymyślił? Jakiś głupek!
Miałam takie wyrzuty sumienia, że następnego dnia wyjęłam szelki, żeby je wyrzucić do śmieci. Ku mojemu zdumieniu Kocinka, która chodzi za mną jak cień westchnęła głęboko. Brzmiało to jak jakieś westchnienie rezygnacji.
Hmmm – pomyślałam sobie, czyżby opacznie zrozumiała moje intencje? A jak by tak spróbować po raz ostatni? Założyłam jej szelki w minutę. Meg leżała spokojnie, ani drgnęła. No właśnie, ani drgnęła. Można ją było ciągnąc za sobą i wypolerować całą podłogę. Nie było sposobu, żeby Mega wstała, już nic nie mówiąc o tym, żeby zrobiła krok w tym znienawidzonym przez siebie rynsztunku. <hm>
Nie poddawałam się jednak. Codziennie zakładałam kotu szelki i nagradzałam ją za to smaczkiem. Kotka na początku traktowała to jak zło konieczne, a potem jako zabawę. Niestety zabawa w końcu mi się znudziła ....
Wymyśliłam sposób, aby podnieść kota z parteru. Pewnego pięknego dnia w akcie desperacji (cierpię z tego powodu do dziś) otworzyłam jej drzwi na klatkę schodową. Meg wstała i na przycupniętych nogach – super to wygląda taki kot skradający się, z ukrytymi pod sobą nogami, gdzie każdy mięsień drży! Czysta, dzika, nieskrępowana niczym natura ruszyła na zwiad. Od tej pory Meg chodzi na smyczy! Mam z tego olbrzymią satysfakcję, największą latem gdy przemyka wśród biało-różowych stokrotek na działce i poluje na motyle!
Miałam napisać o czymś innym, a z dygresji zrobiła się historia, ale nic straconego ponieważ CDN.
Pozdrawiam wszystkich tutaj zgromadzonych i ich zwierzątka.