Dziewczyny a propos Waszych pytań: Oczywiście, że się bałam i to jeszcze jak!
Na początku, bo później to już mniej. Na działce często odwiedzali nas znajomi z dziećmi i jedni chowają swoje dzieci pod kloszem, a drudzy nie...
Nie mam dzieci, więc Meg traktuję trochę tak jak dziecko (przesadziłam, może niekoniecznie), ale w pewnym sensie jest pod kloszem! Postanowiłam „popuścić jej cugli”.
A przy okazji odkąd ją mam to uwielbiam czytać o kotach i kiedyś czytałam prace niejakiego pana Tabora, który badał populację dzikich i udomowionych kotów. Genialne badania, ponieważ (wyróżniał dwa pojęcia dotyczące terytorium: areał (miejsce zamieszkania) i terytorium (miejsce, którego koty bronią) badał zachowania terytorialne kotów udomowionych i dzikich na terenie dzielnicy segmentów na przedmieściach i w centrum Londynu. I co się okazało, że największe terytorium zajmują koty niewykastrowane, dzikie, kocury, a najmniejsze wysterylizowane domowe kocice (takie jak Meg) wynosi ono zaledwie 0,029 ha, czyli 290 metrów, a nasza działka ma około 700! Ma to związek nie tylko z terytorium, na którym można upolować (u dzikich kotów), albo znaleźć w śmietniku (u domowych) pożywienie, ale w przypadku kocurów o ilość kotek na tym obszarze, czyli wiadomo chodzi o reprodukcję. Nie wiem, czy interesują Was te dane, ale dla mnie są fascynujące więc pozwolę sobie je przytoczyć niewykastrowane dzikie kocury: 2 ha, niewysterylizowane dzikie kotki: 0,2 ha. Wykastrowany kocur domowy: 0,11 ha, niewykastrowany kocur domowy: 0,18 ha. Dodatkowo każdy z wykastrowanych kotów patrolujących okolice jest niesamowicie czujny i ma na oku kota z sąsiedztwa. To była taka „,mała dygresja”, uzbrojona w tę wiedzę postanowiłam sprawdzić jak się ma teoria do praktyki i wyszło mi, że ma się całkiem dobrze, czyli...
Meg każdego dnia poszerzała swoje terytorium, ale małymi kroczkami, najpierw zaanektowała taras (ponieważ już drugiego dnia dostrzegła na nim intruza), to bardzo ostrożnie się po nim poruszała i w zasadzie wypuściła się dalej dopiero, po tym jak znalazła drugie wejście do domu, czyli otwarte okno na piętrze (serio). Później zaczęła patrolować przydomowy ogródek, ale swobodnie poczuła się tam dopiero po kilku dniach. Gdy wypuściła się na zwiedzanie reszty działki, to chodziła przy siatce, albo tam gdzie rosły drzewa (instynkt samozachowawczy jej nie opuścił). Mimo dziur w ogrodzeniu nigdy przez nie przeszła, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z ich istnienia. Prawie pod sam koniec pobytu na działce doszła na sam koniec tego ogrodzonego terytorium (jeden jedyny raz wypuściłam ją o zmierzchu w porze największej aktywności kotów), potem wypuszczałam ją tylko rano i w południe, bo znikła za ogrodzeniem sąsiada, ale dosłownie po kilku sekundach była z powrotem. Doszła też tam nie sama z siebie, tylko dlatego, że się z nią bawiłam uciekałam przed nią, a ona mnie goniła bo pobiegłam na sam jej koniec (mam nadzieję, że sąsiedzi z okien tego nie widzieli, nie wiem co sobie pomyślą).
Nie znaczyła okolicy, pod koniec pobytu dopiero zaczęła zostawiać swoje znaki na tarasie i w najbliższym otoczeniu tarasu, a także na drzwiach wejściowych i oknach, ale bardzo oszczędnie, przeważnie obwąchiwała jacy goście „odwiedzili” ją wieczorem.
Nigdy nie podeszła do furtki i bramy wjazdowej (za dużo ludzi i psów chodzących pod siatką). To był front, z jednej strony mamy sąsiadów, którzy nie mają kotów, tylko psa zamkniętego w kojcu, a drudzy w ogóle nie mają zwierząt. Z tyłu są koty, ale te koty bały się ludzi i odkąd przyjechaliśmy na działkę zwiewały na mój widok, aż się za nimi kurzyło, chociaż wołałam kici, kici, a potem w ogóle przestały przychodzić (przynajmniej w ciągu dnia). Koty bały się ludzi (bynajmniej nie Meg he he), więc uciekały, psów nie było... A Meg wiedziałam, że nie będzie walczyć, bo nie będzie bronić działki, mogłaby bronić domu, będzie uciekać.
Opiszę Wam jeszcze jak reagowała Meg, wypuszczając się dalej niż na przydomowy ogródek, odwracała się sprawdzając czy miejsca ucieczki są dostępne. Gdy ktoś przychodził w goście, czyli podjeżdzał samochód, albo otwierały się drzwi do domu (charakterystyczne skrzypienie) Meg pędziła do domu ile sił w swoich krótkich nóżkach pokonując po 2 stopnie naraz. Przeżyłam raz chwilę grozy, gdy przyjechał mój trzyletni bratanek (największy wróg Meg, w mniemaniu Meg oczywiście), bałam się, że zacznie uciekać w przeciwną stronę, ale to były tylko moje obawy, bo Meg oczywiście pognała do domu, na taras, potem pod kanapą, pod stołem, pod fotelem i dyla na chody na górę, gdzie nikt „z obcych” nie wchodził i gdzie czuła się naprawdę bezpiecznie! I te „wycieczki” sprawiały jej satysfakcię, ponieważ cały czas siedziała pod drzwiami balkonu mówiąc do mnie: miau, miaauuu, miaaaau. A jak otwierałam drzwi „pryskała z szybkością światła”. Oczywiście nie mam złudzeń, że gdyby nasz pobyt na działce się przedłużył Meg na pewno poczułaby się pewniej i chciałaby patrolować większe terytorium, w sensie, ze na pewno przeszła by do sąsiadów na milion procent, ale na moje szczęście i Meg byłyśmy tam na tyle krótko (2 tygodnie), że nie wpadło jej to do głowy. Generalnie klucz był jeden: trzeba było mieć kota na oku. Jak siedział na parapecie oczywiście też, żeby móc interweniować.
Przepraszam, za te moje bazgroły, ale jestem kocio zainfekowana

, więc proszę mi nie zadawać takich pytań

:-) , bo proszę zobaczyć co się dzieje, płynę!
Meg w wersji: jestem dzika
Uploaded with
ImageShack.us
Meg w wersji: jestem domowa
Uploaded with
ImageShack.us
A to: świat według Meg
Uploaded with
ImageShack.us
Czasami mam ochotę zamienić się z Meg i pooglądać świat z jej kociej perspektywy: myślę, że to jej nastawienie: wszystko mi lotto może być fascynujące.

:-)
Dziękujemy za odwiedziny i wszystkie miłe słowa! <serce>