Przyjaciółka pożyczyła dla mojej chrześnicy farbki nietoksyczne do malowania twarzy w małych pojemniczkach. To trwało dosłownie sekundę, nie zdążyłam nawet zareagować. Bentley miał swoje chwile "szaleństwa", skoczył na biurko zrzucił farby, czarna farba (chyba miała niedomknięte wieczko?) rozlała się na podłogę. Bentley w nią wskoczył i pobiegł dalej z ogonkiem podniesionym do góry i "gruchaniem". Nie mogłam go złapać! Wskoczył na drapak, do rozety, pobiegł pod dwóch półkach na ścianie, później na łóżko i do przedpokoju. Przynajmniej on się dobrze bawił...Wyglądał jak kupka nieszczęścia, jak udało mi się go złapać. Nie wiem jak to się stało, ale był dosłownie CAŁY umazany czarną farbą.
Wzięłam go do łazienki, namoczyłam ręczniki (Danusiu dziękuję Ci
Siedzi teraz jak taka zmokła kura obrażony na mnie na śmierć w transporterze pupą do wyjścia. A ja mam wyrzuty sumienia, że przez swoją nieuwagę musiałam go tak zmoczyć...
Zaraz wracam do prania rozety i półek sodą zmieszaną z wodą. Podłogi już domyłam...
Jutro jadę z Bentleyem po tabletkę na odrobaczanie i łapię rano mocz do badania.