Ale mnie naszło na pisanie...

:-)
Za jakiś czas wybieramy się na działkę... I tak wspominając przypomniała mi się przygoda Meg z zeszłego roku, której nie opisywałam, ze względu na to, że samo jej wspomnienie "mroziło mi krew w żyłach".
Siedziałam sobie przy kominku i coś pisałam, od czasu do czasu odrywając głowę i przyglądając się ogniu buszującemu na kominku i Meg, która leżała sobie przed kominkiem na dywaniku obserwując może nie tyle płomienie, co stertę drewna pod kominkiem i polując na uciekające (pod wpływem żaru z góry) spod tej sterty pająki. W pewnym momencie uniosłam głowę i zobaczyłam jak Meg wchodzi pod wsad kominkowy i przeciska się miedzy drewienkami, po czym znika w kominie! Zrobiło mi się najpierw gorąco, potem słabo z wrażenia. Zaczęłam ją wołać: Meg, Meg. Rzuciłam się do kominka, szybko odgarnęłam drewno. Pusto! Kot zniknął w kominie! Ale jak to możliwe przecież wsad kominkowy jest zamknięty! Może coś mi się przewidziało, może mam omamy? Przecież tam nie ma żadnej dziury, przecież nie zniknęła, nie rozpłynęła się we mgle! A może faktycznie dała dyla w bok, a mi się coś "wydawało", ale przecież moje oczy nie kłamały! Zniknęła w kominie! Tysiące myśli przelatywało mi po głowie, serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Pierwsza myśl: na pewno pod wpływem żaru zapali jej się futro i spłonie. Pobiegłam więc w te pędy do łazienki wzięłam pierwszy, lepszy ręcznik, zamoczyłam go w zimnej wodzie i wróciłam z powrotem wyobrażając sobie jak będę gasiła płonącego kota. Nie mam dzieci, ale to był pierwszy raz kiedy czułam się tak jak matka, która może stracić własne dziecko! (Serio, serio).
Gdy już byłam bliska zawału i ochrypnięta z powodu wrzasków Meg wypadła z komina. Była cała czarna od sadzy, z wibrysów i wszelkich wąsów zwisały jakieś tony pajęczyny. Natychmiast pobiegła na zimną terakotę i rozpłaszczyła się jak płaszczka, żeby się wychłodzić. Obejrzałam ją dokładnie, z myślą że pewnie ma osmalone wibrysy, ale nic z tych rzeczy! Jak chciałam ją schłodzić ręcznikiem, to popatrzyła się na mnie z wyrzutem i uciekła! Po czym jak gdyby nigdy nic przystąpiła do toalety!
Gdy doszłam do siebie, a żar w kominku wypalił się, a cały kominek ostudził przystąpiłam do oględzin. Co się okazało? Otóż jest sobie kominek, w kominku wsad kominkowy zamknięty, pod nim miejsce na opał. I teraz pod tym wsadem i za nim jest dziura, do której ledwo udało mi się włożyć rękę i tam weszła sobie Meg! Tą dziurę wybadałam, po omacku obamcując każdą cegłę i wyrwę i w końcu "wyczułam" dziurę", tam gdzie wzrok ludzki nie sięga! Wydaje mi się, że ta dziura prowadziła do tunelu z tyłu w ksztalcie trójkąta, bo wewnątrz musiało być więcej miejsca i prosto kominem do gwiaździstego nieba. I Meg która ZAWSZE WSZYSTKO MUSI SPRAWDZIĆ oczywście musiała tam się wcisnąć. Gdy tak wędrowała na dach po chropowatych cegłach musiało jej się zrobić za gorąco (bo ten tunel oczywiście nie jest tym samym, którym ulatuje żar z wkładu kominowego, bo inaczej Meg by spłonęła) i musiało jej się zrobić za gorąco, więc postanowiła jednak zejść na dół.
Od tej pory za każdym razem jak jestem na działce zakrywam ten otwór siatką (nikt z rodziny wcześniej nie wiedział, że takie coś w ogóle istnieje! Tutaj Meg okazała się kocim odkrywcą. I żeby było śmieszniej wcale nie ma traumatycznych wspomnień z nim związanych, ponieważ... zimą drapie pazurakmi w siatkę i chce wejść do środka. W końcu to przecież bardzo dobra miejscówka, żeby się ogrzać, za piecem! :-)