Dziękuję Wam dziewczyny z całego serca <serce> ! Nawet nie wiecie ile znaczy takie wsparcie, gdy człowiek tak strasznie się martwi. Tym bardziej, że cała rodzina puka się w czoło jak tylko słowem wspomnę o kocie. Myśl przewodnia brzmi: "Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosie". I to jeszcze w święta???!!! Fakt sama jestem zmartwiona, że zamiast wcinać mazurki, pasztety i żurki schudłam już 3 kg ze stresu.

:-)
Dorszko Meg miała dwa zabiegi "sterylizacji i wtórnego wycięcia rany w okolicy międzyłopatkowej" tak jest napisane w książeczce zdrowia kota. Sama sobie teraz zadaję pytanie, co Ci weterynarze zrobili tzn. czy ją wykastrowali, czy wysterylizowali, bo przecież to są dwa różne zabiegi i różnią się zasadniczo nie tylko ze względu na nazwę odnoszącą się do płci. Ja prosiłam o kastrację, czyli usunięcie wszystkiego. I wydawało mi się, że to zostało właśnie zrobione. Dopytałam się tylko po zabiegu, czy przypadkiem nie zrobiło jej się ropomacicze i czy nie było żadnych komplikacji. Odpowiedziano mi, że nie było żadnych komplikacji, a wszystko w środku było "czyste i bez żadnych zmian". I więcej nie dociekałam bo byłam tak przejęta tym, że mam kota z powrotem. A teraz patrzę w ten wpis i widzę"sterylizacja". Mam nadzieję, że nie podwiązali jej tylko jajników, bo to przecież nie chroni na przyszłość przed tym ropomaciczem. Pierwszy kot nie ma lekko to fakt, bo właściciel się na nim uczy. To w sumie straszne.
Meg mnie bardzo lubi w nocy, śpi wtedy na kołdrze i sobie mruczy (wie, że jestem wtedy niegroźna i będąc w piżamie nie złapię jej niespodziewanie i nie włożę do transporterka, żeby ją zawieźć na salę tortur do tych "okropnych" weterynarzy! Natomiast jak tylko dnieje, a ja wstaję Meg pędzi do drugiego pokoju zaszyć się w wersalce i nie ma siły żeby ją stamtąd wyciągnąć. W końcu nigdy nie wiadomo, co jej tej okropnej pani do łba strzeli.
Tyle bajdurzenia, teraz konkret: wczoraj wieczorem otworzyłam jej owoce morza sheby, które zjadła z apetytem (1/3 puszki, ale zjadła). Jadła też smaczki, które jej podtykałam pod nos. Dzisiaj nie wytrzymałam nerwowo, wyciągnęłam ją spod wersalki, wsadziłam do kuwety, czego efektem była wielka zbrylona kula siku. Kupy nie ma od środy (ostatnia przed zabiegiem). To mi właśnie spędza sen z powiek, w przecwinym razie bym się nie bała i nie panikowała. Idąc za radą dziewczyn próbowałam jej podać środek wzmacniający, który jest niejako olejem z wątroby rekina (składnik diety wyrównawczej w okresie powrotu do zdrowia) Gammolenr zostałam UWAGA: ofuczana. Próbowałam z tym olejem, ktory ma działać usprawniająco na perystaltykę jelit wymieszać chrupki. Znowu był foch i szybka ewakuacja na z góry upatrzone pozycje, czyli pod wersalkę.
Za moment będę wychodzić na śniadanie

ne, więc Meg będzie miała chwile czasu dla siebie. Obawiam się tylko, czy jej tam czegoś nie uszkodzili, że się nie załatwia. Może nie miała czym? - sami rozumiecie, że są to tematy których w święta

ne nie mogę poruszać przy świątecznym stole, bo wszyscy zgodnie stwierdzą, że mi "odbiło". A ja się po prostu martwię o swoje zwierzątko.
