Brzmi strasznie dla kogoś, kto nigdy tego wcześniej nie robił.
Kiedyś też bawiłam się w „przemycanie” tabletek. Kruszyłam, mieszałam z masłem, z jedzeniem (modliłam się wówczas, żeby kicia zjadła wszystko), smarowałam łapkę... cuda cudeńka czyniłam.
Do czasu. Przyszło mi podawać mojej Lunie tabletki przez 5 dni z rzędu. Pierwszą rozkruszyłam, wymieszałam z masełkiem, wepchnęłam do pyszczka. Kot zapluł mi się cały, siedziała z otwartym pyszczkiem z którego wyciekała ślina. Koszmar
Ona się umęczyła paskudztwem. Ja się denerwowałam, bo nie miałam pewności czy całą tabletkę zjadła.
Tak się wnerwiłam na własną niemoc i męczenie kota, że przy następnej dawce posadziłam sobie kota na kolanach, rozdziawiłam jej pyszczek i wepchnęłam głęboko przygotowaną tabletkę (umazaną z jednej strony masłem dla poślizgu). Operacja trwała sekundę. Serio!
Konieczności leczenia kota nikomu nie życzę ale podawać tabletki warto się nauczyć. Trzeba być przy tym zdecydowanym <diabeł>
No nie ma lepszej metody.