Trochę więcej o Dredzie. Imię wzięło sie oczywiście, z jego mega zakołtunionej sierści , w jaką obrastał żyjąc na zewnątrz kilka miesięcy. Był biedaczysko golony do zera. Zostawilismy w spokoju tylko ogon , głowę i łapki. Ani moja siostra, która go odłowiła z krzaków, ani ja nie miałyśmy nigdy kota rasowego. Wszystko robiłyśmy na wyczucie. Potem kocicho sie rozchorowało (mega atak kaliciwirozy, połaczony z wieloma innymi powikłaniami, miał prawie martwy język, który był koloru granatowo bordowego,nadżery na całym podniebieniu, lekarze nie widzieli takiego zaawansowanego przypadku wcześniej) plus ogólnoustrojowy stan zapalny i wiele innych atrakcji, ale nie ma sensu wyliczać. Wyglądał strasznie.Gdyby nie pomoc mojej siostry i wielu osób oraz kilku lekarzy, to nie byłabym w stanie sama go uratować. 3 miesiące codziennych wizyt (łącznie z niedzielami).
Do tej pory nie wiem, ile na 100 % ma lat podobno ok 3), gdzie mieszkał, w jakich warunkach ? Szukałyśmy ogłoszeń..., ale nikt go nie szukał. Charakter Dreda jest niesamowity, delikatny, ale stanowczy.Do tej pory obcowałam tylko z dachowcami. Oczywiście nie byłam w stanie go oddać nawet w najlepsze ręce Przepraszam za ten chaos w mojej wypowiedzi, ale jak tylko zaczynam przypominać sobie tamten czas, to emocje z tym związane biorą góre. Oto jedno zdjęcie, ale jest tak pełne bólu, że wystarczy za całe albumy.Oby nigdy to nie wróciło <zły>
