Dziękuję wszystkim, którzy do mnie napisali, czy w jakikolwiek inny sposób się odezwali. Nie byłam w stanie Wam wszystkim odpowiedzieć, ale chcę, żebyście wiedzieli, że bardzo sobie cenię Wasz odzew.
Przeniosłam posty tam, gdzie chyba ich najlepsze miejsce. Nie chcę, żebyście się ciągle zamartwiali. Przepraszam, że nie napisałam od razu, ale w sobotę miałam być na wystawie. Na wystawę ludzie przyjeżdżają się spotkać i spędzić czas najmilej, jak potrafią, nie chciałam być dla nikogo "straszakiem". Wiem, jak trudno się rozmawia z kimś po stracie, jak niekiedy nie wiadomo, podejść, nie podejść, rozmawiać, nie rozmawiać, pytać, nie pytać. Nie chciałam, żeby ludzie na mój widok wpadali w panikę, dlatego wpis o Inuszce pojawił się dopiero po moim powrocie z Głogowa.
Jak zwykle spekulacji co niemiara... Właściwie nie ma to znaczenia, ale wszystkim, którzy bardzo i konieczne chcą wiedzieć piszę, że nie, nie był to FIP. FIP zabiera przedwcześnie, ale nie nagle i niespodziewanie. Na FIP się choruje, nie umiera się na niego z godziny na godzinę. Inuszkę zabrał ten drugi podstępny i cichy złodziej, czyli serduszko i zakrzepica. Szok, nie tylko nasz, ale i lekarza, który znał i prowadził Ino od urodzenia, nie do opisania.
Próbowałam pozbierać w jakiś mini album moją dziewczynkę, żeby utrwalić wszystko jak najlepiej, ale idzie mi, jak po grudzie.
