Strona 177 z 340

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 14 wrz 2013, 22:31
autor: Hann
<pokłon> Ech... Jak miło znowu Was słyszeć <mrgreen> Tfu. Czytać <mrgreen> Kochane jesteście <mrgreen> Się nie przepracuję, świata w tej robocie nie ratuję, więc co jakiś czas sobie przypominam, że jak nie zrobię czegoś na czas to on się nie zawali ;-)) Gdzie ja piękna... No dajcie spokój <lol> Zuzi oczyska to rzeczywiście... Tajemnicze :-D Przekażę jej, może jej się poczucie własnej wartości podniesie, bo na razie to marniutko jest...

Krople musiałam w te zezulce Leośkowe zakraplać, bo się mu jakaś bakteria przyplątała. Chlamydia, czy coś. Patrzę mu w te oczyska przecudne i sprawdzam czy mu się tam znowu coś nie dzieje, na razie wydaje mi się, że jest dobrze.

Napiszę Wam co z tym Luckiem się wydarzyło, chociaż się boję że mnie znielubicie :(((( Ale najpierw jeśli macie chwilkę zajrzyjcie proszę na wątek adopcyjny: http://www.forum.agiliscattus.pl/viewto ... =31&t=3213
Moja koleżanka niestety potrąciła kotka :(((( któremu całe szczęście chyba się nic nie stało, ale który pilnie szuka domu. Może znacie kogoś kto by przygarnął biedaka? :((((

A teraz Lucek... Nieszczęście zdarzyło się w czwartek 15 sierpnia :(((( Postanowiliśmy wykorzystać wolny z powodu święta dzień na przesadzenie 3 ogromnych tuj z tarasu do ogródka. W czasie naszego urlopu koty chyba doszły do wniosku, że babcia Krzysia niewystarczająco często sprząta im kuwety i zrobiły sobie w tujach toaletę. Po powrocie zobaczyliśmy Leośka zupełnie swobodnie korzystającego z donic do wiadomych celów. Po bliższym zbadaniu zawartości donic stwierdziliśmy, że trzeba je jak najszybciej zlikwidować, a biedne tuje przesadzić do ogrodu. Co zajęło nam dzień cały. Worów z ziemią wyniosłam do śmieci chyba z kilkadziesiąt. Drzwi od mieszkania były kilka razy niepilnowane i otwarte :(((( A najgorsze jest to, że nie zauwazyliśmy że Lucka nie ma :(((( W piątek wieczorem wróciłam z Jadwiśką od weterynarza, gdzie była na pozbywaniu się poplątanych kłaczków, nałożyłam kotom pasztet i zauważyłam że Lucek nie przyszedł. No ale było gorąco... A ja pobiegłam kąpać Gabcię i... zupełnie zapomniałam że kątem oka widziałam że go przy tych miseczkach nie ma :(((( W sobotę rano odkurzyłam i wtedy już zapytałam Krzysia kiedy ostatnio widział Lucka. Bo Lucek odkurzacza nienawidzi i na jego widok ewakuuje się na drugą stronę domu. A ewakuacji Lucka nie da się nie zauważyć. No i Krzyś powiedział że hm... no dawno. A ja kiedy widziałam... No w czwartek na pewno, bo asystował w wyciąganiu tuj z donic. A może w piątek rano jeszcze... Trochę mi się oberwało, że chyba mam za dużo kotów, skoro nie mogę się doliczyć i że chyba Lucek nie był dla mnie ważny skoro nawet nie wiem kiedy go widziałam ;-( No co tu dużo gadać, zdenerwowaliśmy się oboje.

Godzinę przeszukiwaliśmy dom. Ponieważ Lucek jako jedyny z naszych kotów lubi sobie wyjść na chwilę na klatkę i kiedy np rozmawiam w drzwiach z listonoszem idzie pół piętra na górę, pół piętra na dół a potem wraca, doszliśmy do wniosku, że jedyną możliwą drogą wyjścia były otwarte kilka razy w czwartek drzwi :(((( Dwie godziny przeszukiwaliśmy ogródek, który jest w wielu miejscach obsadzony gęstymi i wysokimi irysami, trawami, krzewami itd. Zajrzeliśmy wszędzie, nie było go. Wydawało mi się absolutnie niemożliwe żeby wyszedł za furtkę bo on się boi być na zewnątrz :(((( Na trawniku nawet, a co dopiero na chodniku, czy ulicy. Płot jest zbyt gęsty, wiedzieliśmy że przez płot by nie przeszedł, bo by się po prostu nie zmieścił. Nota bene kilka dni wcześniej byłam z nim u weterynarza, bo mi się nie podobał zapach z pyszczka i bałam się że popsuł się kolejny kieł. Tym bardziej że nie zawsze chce jeść, a przynajmniej apetytem nie dorównuje zupełnie Leośkowi i Jadwini. Okazało się że zęby mój kot ma zdrowe, no "ale on ma nadwagę proszę pani, musi schudnąć, co najmniej 2 kilogramy, proszę mu wystawiać miski tylko 2 razy dziennie na pół godziny". Więc przez ten płot nie dałby rady przejść. Mógłby się wydostać tylko pod furtką :((((
Pojechałam do pracy wydrukować ogłoszenia. Krzyś kilka godzin jeździł po okolicy na rowerze szukając kota, ja samochodem. Rozwiesiłam 30 ogłoszeń. Pomagali nam szukać sąsiedzi, bo mieszkamy w okolicy gdzie wszyscy się znają i nagle okazało się ile osób się przejęło i ile mnie pocieszało, że taki piękny rasowy kot, na pewno ktoś go przygarnie i zadzwoni. No właśnie... Tylko ja wiedziałam, że Lucka nie da się przygarnąć :(((( Leośka i Jadwinię tak bo to pierdołki saskie i ciepłe kluchy, ale Lucka nie. To jest kot bardzo indywidualny, samostanowiący o sobie i nikt obcy go nie będzie dotykał. Zwłaszcza w sytuacji dla Lucka nieznanej. Zwłaszcza kiedy jest przestraszony :(((( No ale miałam nadzieję, że ktoś go przynajmniej zobaczy i zadzwoni powiedzieć gdzie go widział.

Zadzwoniła moja przyjaciółka i jak usłyszała mnie kompletnie zapłakaną powiedziała, że od razu przyjeżdża i idzie ze mną go szukać raz jeszcze. Zadzwoniłam do mamy powiedzieć co się stało, a mama "spokojnie, sprawdzałaś w tych irysach przy wejściu?". Kaśka przyjechała, ja jej o tych irysach i pokazuję, no zobacz, trzy razy je przeszukiwałam, rozchylam i widzę wielkie przerażone oczy Lucka. Właśnie tam. W tych irysach. Krzyknęłam "Kaśka, on tu jest, Lucuś..." wyciągnęłam do niego ręce, a on przeraził się i poleciał na drugą stronę ogrodu. Poleciałam za nim, Kaśka pobiegła po Krzysia. Krzyś powiedział "spokojnie, on jest przerażony, Kaśka stajesz z tej strony, Hania ty z tej, żeby nie mógl uciec, a ja go biorę". No tylko wziąć się nie dało, Lucek prychnął, bronił się zębami i pazurami, zakrwawiony Krzysiek nie wytrzymał i go puścił i Lucek znowu uciekł na drugą stronę ogrodu :((((

Próbowaliśmy parę godzin. Zrobiło się ciemno. I zimno :(((( Postawiliśmy mu w irysach transporter z ciepłą poduszką :(((( miseczkę z wodą i miseczkę z tuńczykiem i poszliśmy chwilę odpocząć. Nie mogłam wytrzymać w domu, za 10 minut w piżamie, szlafroku i z latarką byłam z powrotem. Miseczka z tuńczykiem wylizana do czysta, wody chyba też trochę mniej, zaczęłam z Luckiem rozmawiać, w odpowiedzi zaczął z irysów na mnie warczeć :(((( Siedziałam do północy rozmawiając "z irysami". Zeszła do mnie sąsiadka. Powiedziała że lubi pracować w nocy i że wyjdzie wtedy zobaczyć czy nie wszedł do transportera. Jeśli tak to zamknie drzwiczki i zapuka do nas. Wiedziałam że nie wejdzie, bo transporter kojarzy mu się przecież z weterynarzem, czyli ze stresem :((((

O północy poszłam spać, o 2 w nocy wyszłam zajrzeć w irysy. Transporter pusty, "irysy" zawarczały. Znowu "pogadaliśmy" chwilę, ja mówiłam, Lucek warczał, poszłam się położyć.
O 5 wstał Krzyś. Godzinę przeszukiwał ogród. Nie znalazł kota :(((( Wszedł do budynku, do którego drzwi przez całą noc były otwarte i... usłyszał warczenie na klatce. Lucek siedział na 2 piętrze, pod ostatnim szóstym mieszkaniem i stamtąd już nie miał drogi ucieczki, a Krzyś miał tak poranione ręce, że było mu już wszystko jedno i po prostu Lucka chwycił i nie puścił. Zakrwawiony wszedł do domu z wierzgającym kotem w wyciągniętych rękach. Lucek zostawił krwawe ślady na podłodze. Okazało się że wyrwał sobie 2 pazury ;-( Ale od razu po wejściu do domu uspokoił się i pozwolił mi się pogłaskać. Nawet obejrzeć łapy. Za to Jadwinia i Leoś byli nim przerażeni :(((( Lucek był wykończony, chyba od czwartku nie spał tylko czuwał :(((( A była niedziela rano :((((

Zasnął w kąciku na tarasie i spał snem kamiennym. Można go było przenieść na inne miejce, chyba by się nie obudził. Jadwinia przerażona schowała się w naszej sypialni i tylko co kilka godzin wystawiała łebek i sprawdzała czy ten dziwnie pachnący Lucek gdzieś tam jeszcze jest. Leoś się do niego zakradał warcząc :(((( Mój Leoś. Najdelikatniejszy kot na świecie. Warczał :(((( Pod wieczór wszystko się uspokoiło. Lucek się obudził, zjadł, poszedł do kuwety, wlazł do nas do łóżka i poszedł spać już normalnym kocim snem :((((

To był koszmar dziewczyny :(((( Od tamtego czasu 3 razy dziennie robimy im apel i liczymy koty :(((( Bardzo bardzo Wam nie życzę zgubienia kota :((((

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 14 wrz 2013, 22:46
autor: kotku
Rety, Hann :hug: :hug: :hug: To mrożąca krew w żyłach historia.
Ogromnie Wam współczuję, że musieliście przeżyć taką przygodę i jednocześnie cieszę się ze szczęśliwego zakończenia. Przyznam szczerze, że jestem zaskoczona taką reakcją Lucka, choć jak sobie przypominam co zrobił Morus jak uciekł nam na parter w klatce i spanikował, że się zgubił to w zasadzie się jednak nie dziwię. Najważniejsze, że to już za Wami. Mam nadzieję, że Krzyśkowi zagoiły się ręce a Luckowi i Tobie serducha. Dobrze, że Lucek nie zginął i nikt go nie ukradł. Taka siła wrażeń na pewno sprawi, że będziecie bardziej brygady pilnować bo jak widać łatwo jest w codziennym rozgardiaszu zagapić się troszkę. Sama ostatnio zamknęłam Tośka na balkonie i dopiero jego walenie łapą w drzwi mi przypomniało, że on tam został.
Ściskam mocno :hug: Jak mówią - wszystko dobre co się dobrze kończy.
Lucjan, że Ty taki groźny jesteś to ja bym się nie spodziewała <shock> :kotek: <zakochana>

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 14 wrz 2013, 22:48
autor: asiak
Z zapartym tchem czytałam całą historię, dobrze, że wszystko tak się skończyło :-)
Przeżycie mieliście niesamowite, bardzo współczuję i nikomu nie życzę :-)
Lucku, kochany nie rób tego nigdy więcej :nie:

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 14 wrz 2013, 22:52
autor: Beate
Dobrze ,że Lucuś się znalazł :-)

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 14 wrz 2013, 22:52
autor: Snusia
Wielkie uff,że się znalazł.Ale co przeżyliście to Wasze....
:hug:

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 14 wrz 2013, 23:10
autor: Aga L.
Lucek, Lucek, ciocie jak czytają na forum o tym, co ci się przytrafiło to są przerażone a co dopiero musieli przeżyć twoi Państwo <strach> to musiał być koszmar, dla Was wszystkich. U nas takim uciekinierem jest kremowy Tytus, też dzisiaj go znaleźliśmy na klatce schodowej, na szczęście już po paru minutach zrobiliśmy " do trzech odlicz" i wiedzieliśmy, że go w domu nie ma.Ech ci nasi odkrywcy..Ale po Lucku to by się jednak nikt takiego zachowania nie spodziewał, biedny, biedny kot, musiał być przezrażony do granic wytrzymałości. A Ciebie Hann nie znielubimy, kogo jak kogo ale Ciebie to na pewno nie <mrgreen> Tylko w ramach "pokuty" wstaw proszę więcej zdjęć Twojego idealnego, pięknego stada. A córce przekaż, że jest śliczna, co za głupoty jej do głowy przychodzą <wsciekly> Wiesz, że Sven (Aragorn) mojej córki to miała być kopia Waszego Leośka? Nawet po tych samych rodzicach, już był zamówiony w Mazurii ale wtedy nie wyszło, kotka poroniła ;-( ostatecznie mamy kota z EstiBri, ale też po kotce z Mazurii. Sven podczas dorastania okazał się być inaczej wybarwiony niż Leosiek, trochę szkoda, że nie ma rudego noska ale i tak uważamy, że jest piękny.
Przytul Lucka mocno od nas wszystkich, o ile tylko pozwoli się dotkanąć <lol> Dobrze, że czasami piszecie o takich historiach, to tylko uczula nas, aby pilnować naszych maluchów jak oka w głowie.

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 15 wrz 2013, 07:18
autor: kizior
:kotek: :kotek:

i szczególne dla Lucka :kotek:

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 15 wrz 2013, 08:42
autor: Ekaterina
Bożyczku co Ty musiałaś przeżyć :kotek: ...

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 15 wrz 2013, 09:28
autor: Hann
kotku pisze:Mam nadzieję, że Krzyśkowi zagoiły się ręce a Luckowi i Tobie serducha.
Minął już prawie miesiąc, więc i ręce Krzyśka i kocie łapki się pogoiły. Lucka serducho chyba też, bo zachowuje się kocisko jak dawniej :kotek: Z moim gorzej, bo cały czas dręczą mnie wyrzuty sumienia i po prostu mi samej się w głowie nie mieści, jak mogłam tyle czasu nie zauważyć, że go nie ma... Jest pewna szansa że wyszedł w piątek, pracowałam z domu, dziewczynki wychodziły parę razy na podwórko, mała czasami wybiega sama i nie zawsze zamyka za sobą drzwi. A raczej nie zawsze zamykała, bo teraz sama jest tak przejęta że nas pilnuje "tylko zamknij drzwi, bo kotek może uciec". No ale równie dobrze mógł wyjść już w czwartek :((((
kotku pisze:Taka siła wrażeń na pewno sprawi, że będziecie bardziej brygady pilnować bo jak widać łatwo jest w codziennym rozgardiaszu zagapić się troszkę.
No właśnie, za łatwo... Nawet sama przed sobą nie chcę się usprawiedliwiać, że jakbym miała 30 metrów to byłoby łatwiej, albo dzieci mniej o połowę, albo koty dwa a nie trzy, bo zawsze powinnam wiedzieć gdzie wszyscy są i tyle.
Aga L. pisze:A Ciebie Hann nie znielubimy, kogo jak kogo ale Ciebie to na pewno nie <mrgreen>
Dzięki Aguś :kiss: Przez chwilę myślałam, że lepiej nie pisać co nam się przytrafiło, bo gdyby to komuś innemu się zdarzyło, to sama pewnie nie myślałabym o nim mówiąc delikatnie zbyt ciepło. Ale pomyślałam że trzeba mieć odwagę cywilną i tak jak mówisz, może to uchroni innego kota przed zgubieniem. Trzeba zamykać za sobą drzwi nawet jak sie po coś na chwilkę wraca. Nawet jak się coś wystawia na klatkę i wraca co chwilę, jak ja po te worki z ziemią. Wiadomo ciężkie. Wiadomo nosi się po dwa i nie ma wolnej ręki, żeby sobie otworzyć drzwi. Trudno. Trzeba dźwignąć ten raz więcej, ale za każdym razem trzeba zamknąć. I tyle.
Aga L. pisze:Tylko w ramach "pokuty" wstaw proszę więcej zdjęć Twojego idealnego, pięknego stada. A córce przekaż, że jest śliczna, co za głupoty jej do głowy przychodzą <wsciekly> Wiesz, że Sven (Aragorn) mojej córki to miała być kopia Waszego Leośka? Nawet po tych samych rodzicach, już był zamówiony w Mazurii ale wtedy nie wyszło, kotka poroniła ;-( ostatecznie mamy kota z EstiBri, ale też po kotce z Mazurii. Sven podczas dorastania okazał się być inaczej wybarwiony niż Leosiek, trochę szkoda, że nie ma rudego noska ale i tak uważamy, że jest piękny.
Przytul Lucka mocno od nas wszystkich, o ile tylko pozwoli się dotkanąć <lol> Dobrze, że czasami piszecie o takich historiach, to tylko uczula nas, aby pilnować naszych maluchów jak oka w głowie.
Córce przekażę, chociaż i tak pewnie skwituje, że wygląda fatalnie i że tak piszecie żeby mi przyjemność zrobić ;-)) Taki wiek, masa kompleksów.
Strasznie mi miło, że mój Leoś aż tak Wam się spodobał że szukaliście podobnego kotka <mrgreen> Też tak miałam <mrgreen> Spodobał mi się okrutnie pewien liliowy point i taki miał być Leoś. Przez chwilę <mrgreen> Bo za chwilkę okazało się że wyszły mu pręgi, a chwilę potem że pojawił się czekoladowy kolorek <lol> Kasia z Mazurii powiedziała mi że to jest wymarzony kolorek i miała rację! To jest wymarzony kolorek <mrgreen> Liliowe pointy też są cudne oczywiście, ale czekoladowe pręgowane to po prostu sam miodzik <zakochana>

Lucek został wyprzytulany :kotek: A pokutę załączam <mrgreen> Świeżutkie, zrobione dzisiaj rano, Leoś niestety odwrócić się nie chciał :-)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Re: Lucek, Leoś i Jadwinia

: 15 wrz 2013, 09:58
autor: margita
Hann ... dopiero doczytałam co się u Was wydarzyło ... <shock>
czytałam i aż usta ręką ze strachu zakryłam ... całe szczęście, że dobrze się skończyło ....

Wyobrażam sobie, jak się czujesz ...
niestety takie sytuacje każdej z nas mogą się przydarzyć .... zawsze coś może naszą uwagę odwrócić i kłopot gotowy ...
Nie zamartwiaj się ... :hug: choć i tak wiem, że na sercu Ci ciężko ...
dobrze, że Lucuś jest już w domu i że wszystko doszło do normy ... uff ... ale strachu to się najedliście ...

Wygłaskaj Lucusia bardzo, bardzo ode mnie ... oczywiście w granicach jakich on lubi ... <mrgreen> :kotek:
Miejmy nadzieję, że wkrótce zapomnicie o tym wydarzeniu i że serducha się uspokoją ... :-)

cała ferajna śliczna jak zawsze ... <zakochana> <zakochana> <zakochana>