Re: Lucek, Leoś i Jadwinia
: 14 wrz 2013, 22:31
<pokłon> Ech... Jak miło znowu Was słyszeć <mrgreen> Tfu. Czytać <mrgreen> Kochane jesteście <mrgreen> Się nie przepracuję, świata w tej robocie nie ratuję, więc co jakiś czas sobie przypominam, że jak nie zrobię czegoś na czas to on się nie zawali
Gdzie ja piękna... No dajcie spokój <lol> Zuzi oczyska to rzeczywiście... Tajemnicze
Przekażę jej, może jej się poczucie własnej wartości podniesie, bo na razie to marniutko jest...
Krople musiałam w te zezulce Leośkowe zakraplać, bo się mu jakaś bakteria przyplątała. Chlamydia, czy coś. Patrzę mu w te oczyska przecudne i sprawdzam czy mu się tam znowu coś nie dzieje, na razie wydaje mi się, że jest dobrze.
Napiszę Wam co z tym Luckiem się wydarzyło, chociaż się boję że mnie znielubicie
Ale najpierw jeśli macie chwilkę zajrzyjcie proszę na wątek adopcyjny: http://www.forum.agiliscattus.pl/viewto ... =31&t=3213
Moja koleżanka niestety potrąciła kotka
któremu całe szczęście chyba się nic nie stało, ale który pilnie szuka domu. Może znacie kogoś kto by przygarnął biedaka?
A teraz Lucek... Nieszczęście zdarzyło się w czwartek 15 sierpnia
Postanowiliśmy wykorzystać wolny z powodu święta dzień na przesadzenie 3 ogromnych tuj z tarasu do ogródka. W czasie naszego urlopu koty chyba doszły do wniosku, że babcia Krzysia niewystarczająco często sprząta im kuwety i zrobiły sobie w tujach toaletę. Po powrocie zobaczyliśmy Leośka zupełnie swobodnie korzystającego z donic do wiadomych celów. Po bliższym zbadaniu zawartości donic stwierdziliśmy, że trzeba je jak najszybciej zlikwidować, a biedne tuje przesadzić do ogrodu. Co zajęło nam dzień cały. Worów z ziemią wyniosłam do śmieci chyba z kilkadziesiąt. Drzwi od mieszkania były kilka razy niepilnowane i otwarte
A najgorsze jest to, że nie zauwazyliśmy że Lucka nie ma
W piątek wieczorem wróciłam z Jadwiśką od weterynarza, gdzie była na pozbywaniu się poplątanych kłaczków, nałożyłam kotom pasztet i zauważyłam że Lucek nie przyszedł. No ale było gorąco... A ja pobiegłam kąpać Gabcię i... zupełnie zapomniałam że kątem oka widziałam że go przy tych miseczkach nie ma
W sobotę rano odkurzyłam i wtedy już zapytałam Krzysia kiedy ostatnio widział Lucka. Bo Lucek odkurzacza nienawidzi i na jego widok ewakuuje się na drugą stronę domu. A ewakuacji Lucka nie da się nie zauważyć. No i Krzyś powiedział że hm... no dawno. A ja kiedy widziałam... No w czwartek na pewno, bo asystował w wyciąganiu tuj z donic. A może w piątek rano jeszcze... Trochę mi się oberwało, że chyba mam za dużo kotów, skoro nie mogę się doliczyć i że chyba Lucek nie był dla mnie ważny skoro nawet nie wiem kiedy go widziałam
No co tu dużo gadać, zdenerwowaliśmy się oboje.
Godzinę przeszukiwaliśmy dom. Ponieważ Lucek jako jedyny z naszych kotów lubi sobie wyjść na chwilę na klatkę i kiedy np rozmawiam w drzwiach z listonoszem idzie pół piętra na górę, pół piętra na dół a potem wraca, doszliśmy do wniosku, że jedyną możliwą drogą wyjścia były otwarte kilka razy w czwartek drzwi
Dwie godziny przeszukiwaliśmy ogródek, który jest w wielu miejscach obsadzony gęstymi i wysokimi irysami, trawami, krzewami itd. Zajrzeliśmy wszędzie, nie było go. Wydawało mi się absolutnie niemożliwe żeby wyszedł za furtkę bo on się boi być na zewnątrz
Na trawniku nawet, a co dopiero na chodniku, czy ulicy. Płot jest zbyt gęsty, wiedzieliśmy że przez płot by nie przeszedł, bo by się po prostu nie zmieścił. Nota bene kilka dni wcześniej byłam z nim u weterynarza, bo mi się nie podobał zapach z pyszczka i bałam się że popsuł się kolejny kieł. Tym bardziej że nie zawsze chce jeść, a przynajmniej apetytem nie dorównuje zupełnie Leośkowi i Jadwini. Okazało się że zęby mój kot ma zdrowe, no "ale on ma nadwagę proszę pani, musi schudnąć, co najmniej 2 kilogramy, proszę mu wystawiać miski tylko 2 razy dziennie na pół godziny". Więc przez ten płot nie dałby rady przejść. Mógłby się wydostać tylko pod furtką
Pojechałam do pracy wydrukować ogłoszenia. Krzyś kilka godzin jeździł po okolicy na rowerze szukając kota, ja samochodem. Rozwiesiłam 30 ogłoszeń. Pomagali nam szukać sąsiedzi, bo mieszkamy w okolicy gdzie wszyscy się znają i nagle okazało się ile osób się przejęło i ile mnie pocieszało, że taki piękny rasowy kot, na pewno ktoś go przygarnie i zadzwoni. No właśnie... Tylko ja wiedziałam, że Lucka nie da się przygarnąć
Leośka i Jadwinię tak bo to pierdołki saskie i ciepłe kluchy, ale Lucka nie. To jest kot bardzo indywidualny, samostanowiący o sobie i nikt obcy go nie będzie dotykał. Zwłaszcza w sytuacji dla Lucka nieznanej. Zwłaszcza kiedy jest przestraszony
No ale miałam nadzieję, że ktoś go przynajmniej zobaczy i zadzwoni powiedzieć gdzie go widział.
Zadzwoniła moja przyjaciółka i jak usłyszała mnie kompletnie zapłakaną powiedziała, że od razu przyjeżdża i idzie ze mną go szukać raz jeszcze. Zadzwoniłam do mamy powiedzieć co się stało, a mama "spokojnie, sprawdzałaś w tych irysach przy wejściu?". Kaśka przyjechała, ja jej o tych irysach i pokazuję, no zobacz, trzy razy je przeszukiwałam, rozchylam i widzę wielkie przerażone oczy Lucka. Właśnie tam. W tych irysach. Krzyknęłam "Kaśka, on tu jest, Lucuś..." wyciągnęłam do niego ręce, a on przeraził się i poleciał na drugą stronę ogrodu. Poleciałam za nim, Kaśka pobiegła po Krzysia. Krzyś powiedział "spokojnie, on jest przerażony, Kaśka stajesz z tej strony, Hania ty z tej, żeby nie mógl uciec, a ja go biorę". No tylko wziąć się nie dało, Lucek prychnął, bronił się zębami i pazurami, zakrwawiony Krzysiek nie wytrzymał i go puścił i Lucek znowu uciekł na drugą stronę ogrodu
Próbowaliśmy parę godzin. Zrobiło się ciemno. I zimno
Postawiliśmy mu w irysach transporter z ciepłą poduszką
miseczkę z wodą i miseczkę z tuńczykiem i poszliśmy chwilę odpocząć. Nie mogłam wytrzymać w domu, za 10 minut w piżamie, szlafroku i z latarką byłam z powrotem. Miseczka z tuńczykiem wylizana do czysta, wody chyba też trochę mniej, zaczęłam z Luckiem rozmawiać, w odpowiedzi zaczął z irysów na mnie warczeć
Siedziałam do północy rozmawiając "z irysami". Zeszła do mnie sąsiadka. Powiedziała że lubi pracować w nocy i że wyjdzie wtedy zobaczyć czy nie wszedł do transportera. Jeśli tak to zamknie drzwiczki i zapuka do nas. Wiedziałam że nie wejdzie, bo transporter kojarzy mu się przecież z weterynarzem, czyli ze stresem
O północy poszłam spać, o 2 w nocy wyszłam zajrzeć w irysy. Transporter pusty, "irysy" zawarczały. Znowu "pogadaliśmy" chwilę, ja mówiłam, Lucek warczał, poszłam się położyć.
O 5 wstał Krzyś. Godzinę przeszukiwał ogród. Nie znalazł kota
Wszedł do budynku, do którego drzwi przez całą noc były otwarte i... usłyszał warczenie na klatce. Lucek siedział na 2 piętrze, pod ostatnim szóstym mieszkaniem i stamtąd już nie miał drogi ucieczki, a Krzyś miał tak poranione ręce, że było mu już wszystko jedno i po prostu Lucka chwycił i nie puścił. Zakrwawiony wszedł do domu z wierzgającym kotem w wyciągniętych rękach. Lucek zostawił krwawe ślady na podłodze. Okazało się że wyrwał sobie 2 pazury
Ale od razu po wejściu do domu uspokoił się i pozwolił mi się pogłaskać. Nawet obejrzeć łapy. Za to Jadwinia i Leoś byli nim przerażeni
Lucek był wykończony, chyba od czwartku nie spał tylko czuwał
A była niedziela rano
Zasnął w kąciku na tarasie i spał snem kamiennym. Można go było przenieść na inne miejce, chyba by się nie obudził. Jadwinia przerażona schowała się w naszej sypialni i tylko co kilka godzin wystawiała łebek i sprawdzała czy ten dziwnie pachnący Lucek gdzieś tam jeszcze jest. Leoś się do niego zakradał warcząc
Mój Leoś. Najdelikatniejszy kot na świecie. Warczał
Pod wieczór wszystko się uspokoiło. Lucek się obudził, zjadł, poszedł do kuwety, wlazł do nas do łóżka i poszedł spać już normalnym kocim snem
To był koszmar dziewczyny
Od tamtego czasu 3 razy dziennie robimy im apel i liczymy koty
Bardzo bardzo Wam nie życzę zgubienia kota 
Krople musiałam w te zezulce Leośkowe zakraplać, bo się mu jakaś bakteria przyplątała. Chlamydia, czy coś. Patrzę mu w te oczyska przecudne i sprawdzam czy mu się tam znowu coś nie dzieje, na razie wydaje mi się, że jest dobrze.
Napiszę Wam co z tym Luckiem się wydarzyło, chociaż się boję że mnie znielubicie
Moja koleżanka niestety potrąciła kotka
A teraz Lucek... Nieszczęście zdarzyło się w czwartek 15 sierpnia
Godzinę przeszukiwaliśmy dom. Ponieważ Lucek jako jedyny z naszych kotów lubi sobie wyjść na chwilę na klatkę i kiedy np rozmawiam w drzwiach z listonoszem idzie pół piętra na górę, pół piętra na dół a potem wraca, doszliśmy do wniosku, że jedyną możliwą drogą wyjścia były otwarte kilka razy w czwartek drzwi
Pojechałam do pracy wydrukować ogłoszenia. Krzyś kilka godzin jeździł po okolicy na rowerze szukając kota, ja samochodem. Rozwiesiłam 30 ogłoszeń. Pomagali nam szukać sąsiedzi, bo mieszkamy w okolicy gdzie wszyscy się znają i nagle okazało się ile osób się przejęło i ile mnie pocieszało, że taki piękny rasowy kot, na pewno ktoś go przygarnie i zadzwoni. No właśnie... Tylko ja wiedziałam, że Lucka nie da się przygarnąć
Zadzwoniła moja przyjaciółka i jak usłyszała mnie kompletnie zapłakaną powiedziała, że od razu przyjeżdża i idzie ze mną go szukać raz jeszcze. Zadzwoniłam do mamy powiedzieć co się stało, a mama "spokojnie, sprawdzałaś w tych irysach przy wejściu?". Kaśka przyjechała, ja jej o tych irysach i pokazuję, no zobacz, trzy razy je przeszukiwałam, rozchylam i widzę wielkie przerażone oczy Lucka. Właśnie tam. W tych irysach. Krzyknęłam "Kaśka, on tu jest, Lucuś..." wyciągnęłam do niego ręce, a on przeraził się i poleciał na drugą stronę ogrodu. Poleciałam za nim, Kaśka pobiegła po Krzysia. Krzyś powiedział "spokojnie, on jest przerażony, Kaśka stajesz z tej strony, Hania ty z tej, żeby nie mógl uciec, a ja go biorę". No tylko wziąć się nie dało, Lucek prychnął, bronił się zębami i pazurami, zakrwawiony Krzysiek nie wytrzymał i go puścił i Lucek znowu uciekł na drugą stronę ogrodu
Próbowaliśmy parę godzin. Zrobiło się ciemno. I zimno
O północy poszłam spać, o 2 w nocy wyszłam zajrzeć w irysy. Transporter pusty, "irysy" zawarczały. Znowu "pogadaliśmy" chwilę, ja mówiłam, Lucek warczał, poszłam się położyć.
O 5 wstał Krzyś. Godzinę przeszukiwał ogród. Nie znalazł kota
Zasnął w kąciku na tarasie i spał snem kamiennym. Można go było przenieść na inne miejce, chyba by się nie obudził. Jadwinia przerażona schowała się w naszej sypialni i tylko co kilka godzin wystawiała łebek i sprawdzała czy ten dziwnie pachnący Lucek gdzieś tam jeszcze jest. Leoś się do niego zakradał warcząc
To był koszmar dziewczyny