Dziewczyny, potrzebujemy całego morza kciuków.
Od czwartkowego wieczora mieszka u nas Sonia. I tym razem nie są to żadne śmichy-chichy i fikcyjne dokocenie poduszką. Sonia jest jest jak najbardziej żywa. Przyszła za nami do domu, więc nie mogliśmy jej zostawić bez pomocy.
Myśleliśmy, że jest młodsza, bo filigranowa z niej koteńka (tak mniej więcej 1/3 Tajgi, a może nawet 1/4). Ale ma około 11 miesięcy, więc raczej nikomu nie uciekła i nikomu się nie zgubiła, tylko klasyka gatunku - albo ją ktoś wywalił przed wyjazdem na wakacje albo miała ruję, poszła w tango i ktoś nie chce mieć kłopotu.
Ogłoszenia wiszą, na fejsie (najpopularniejszy miejski profil) też jest informacja, ale po wizycie u weta nie mamy już nadziei na to, że właściciel się odezwie. Powoli będziemy jej więc szukać nowego domu.
Tajga po pierwszym szoku ogarnia temat, pod warunkiem, że nie zostaje sama w sytuacji, kiedy któreś z nas zajmuje się Sonią. Wtedy jest dramat. Na razie Sonia mieszka w łazience, ale to jest rozwiązanie na krótką metę. Wetka doradziła nam umieszczenie Soni w klatce kennelowej do momentu szczepień. I to mi się wydaje dobrym rozwiązaniem, bo od poniedziałku zostaję sama w domu na trzy tygodnie - dodatkowo z górą roboty, bo mam gorący okres w pracy - a w ten sposób dziewczyny nie będą miały bezpośredniego kontaktu, a Tajga będzie wszystko widziała i wszystko będzie miała pod kontrolą.
Trzymajcie proszę kciuki za to, żeby Sonia jak najszybciej znalazła nowy dom albo żeby zdarzył się cud i żeby odezwał się właściciel.
Bohaterka całego zamieszania wygląda tak :-) Przez chwilę była na balkonie, żeby można jej było zrobić w miarę dobre zdjęcie.
Wybaczcie, jeśli nie będę się odzywać przez dłuższy czas - zapowiada mi się naprawdę kilka trudnych tygodni.