Danusia pisze:Lysina do pysia 2x dziennie , Immunodol 1 tabletka dziennie , Rutinoscorbin 1 tabletka dziennie.
Poszukaj ten temat gdzieś jest .
Dobrze wyczułam.
<ok> <serce>
Dziękuję bardzo! Ja wiem Danusiu doskonale, jaki Ty masz fajny zwierzyniec, ponieważ z przyjemnością śledziłam poczynania wszystkich Twoich domowników na czterech łapach. Jeśli chodzi o Meg, to u niej jest dokładnie tak jak u Twojej sznaucerki wszystko wychodzi. Dodatkowo doszły problemy natury "psychicznej". Ona będąc w kubraczku, zaczęła się na mnie rzucać. Jedyne co robiła Meg od niedzieli to leżała pod wersalką z ledwo otwartymi oczami na dodatek zaklejonymi, nic nie jadła, nic nie piła. Jak probowałam do niej podejść to syczała (tłumaczę to sobie przeniesieniem agresji). Przestała przychodzić na noc do łóżka. Po prostu cały czas leżała pod wersalką. I zaczynała już kichać, co ja na początku myliłam z prychaniem. Wydawało mi się, że coś się nie udało w tym zabiegu i ona np. nie może się załatwić i stąd jej zdenerwowanie. Zadzwoniłam do przychodni, opisałam sytuację. Kazano mi przywieźć kota na lewatywę. Gdy podeszłam do Meg to Meg miała pozycję, którą w książkach z mową ciała u kotów opisują, jako gotowa do ataku (zjeżona sierść, położone uszy itp). Przestarszyłam się, poprosiłam o tel. do weterynarzy, którzy dojeżdzają do domów. Zadzwoniłam do lekarza, który wykonywał zabieg, powiedział mi żebym próbowała zdjąć jej kubraczek, ponieważ Meg zachowywała się w nim inaczej niż znane jemu koty, była totalnie wycofana. Bałam się kota i balam się Was dziewczyny, bo pomyślałam sobie, że chcecie dla mnie dobrze, a ja to wszystko niweczę. Ale zrobiło mi się tak strasznie żal kota, że na jej terytorium wtargnie ktoś obcy, żeby zrobić jej lewatywę i to jeszcze bardziej zrujnuje jej psychikę, więc zaryzykowałam. Pomyślałam sobie, że skoro i tak ma przyjechać pan doktor, żeby sprawdzić czy wszystko z nią w porządku, to w razie czego założy jej go z powrotem, żeby nie porwała szwów. A może ona jakoś się uspokoi. A stan psychiczny Meg (wzrost agresji) i fizyczny (kichanie) pogarszał się, zamiast poprawiać. Rzuciła się na mnie, gdy próbowałam do niej podejść, ale zdołałam odwiązać kokardkę i wtedy to napięcie zeszło z kota (ja po prostu to odczułam). Nie wiem jak to opisać szaleństwo z oczu zniknęło, więc rozwiązałam wszystkie wstążki, ale bałam się ją podnieść, żeby wyswobodzić jej nóżki. Ona przez około 15 minut siedziała jeszcze jakby była w szoku, po czym wstała, wyswobodziła się z kubraka. Ja się wtedy jej autentycznie bałam. Teraz trochę je, trochę pije, cały czas śpi, a jak się obudzi to kicha. Szwy kompletnie przestały ją interesować. W końcu załatwiła się do kuwety. Obyło się bez lewatywy. Może to, że była ściśnięta, kichała, co ją rozdymało i nie mogła się załatwić powodowało w niej jakiś straszny ból? Nie wiem. I przestała się mnie bać, a ja jej. Myślę, że Meg po prostu miała jakąś fobię. Z każdym kolejnym dniem jej się pogarszało, zamiast poprawiać. I ja też tego psychicznie nie wytrzymałam widoku swojego kota, ktory tak kicha, że aż podskakuje, nie je, nie pije i jak do niego podchodzę na metr odległości, to przybiera pozycję obronną. Przerosło mnie to doświadczenie.

Myślę, że Meg nie była "standardowym" przypadkiem. Nie wiem, czy ktoś z forumowiczów miał podobny przypadek, że zabieg sterylizacji wywołał w jego kocie takie napięcie i agresję, które akurat Meg przekierowała na mnie. Szok. <shock> Chciałabym, żeby ktoś mi oddał moją dawną Meg przed sterylizacją.

Na portalu miau są opisywane przypadki, kiedy koty właśnie kierują swoją agresję wywyołaną jakimś traumatycznym doświadczeniem np. poparzeniem na właściciela. Było to naprawdę straszne, bo czułam jak mój kochany kot, z którym miałam taką fajną więź zaczyna się mnie bać i z tego strachu atakuje. Nie chciałabym nigdy więcej tego doświadczyć. Teraz budujemy zaufanie na nowo. Oswajam ją na nowo. Trzymajcie kciuki. <serce>